Wyszukaj
Można kupić felietony katolika kwiatuszki, można wow artma, w tym roku na gwiazdora oni proponują akcję perfumową-zamiast kwiatów pachnące cudeńko. Ja chyba villa kupię kwiaty a dodatkowo perfumy.
Można kupić felietony katolika kwiatuszki, można wow artma, w tym roku na gwiazdora oni proponują akcję perfumową-zamiast kwiatów pachnące cudeńko. Ja chyba villa kupię kwiaty a dodatkowo perfumy.
Turystyka » Iquitos
kanał rss
mapa listomanii
odwiedzam ksiegarnie czytelniak
|
Nocnym autobusem dojechalismy do Puno
Nocnym autobusem dojechalismy do Puno. Bylo wczesnie rano, kolo 5 i wsciekle zimno, bo to rano i co wazniejsze ponad 3500 m n.p.m. Tego czego bylismy pewni, po przejechaniu przez miasto do dworca, to to, ze chcemy stad uciekac jeszcze tego samego dnia, bo miasto jest okropne, jednak wczesniej zahaczylismy o Wyspy Uros. Miasto samo w sobie nie wyroznia sie niczym ciekawym poza trzema dzielnicami: starym miastem, dzielnica Miraflores oraz Baranco, ktore uchodza za najlepsza w drugim przypadku i najbardiej imprezowa w trzecim. Oczywiscie tez poszlism nad Ocean, bo jakze by bylo bez fotk z nad Oceanu. Jak sie pozniej okazalo, jeszcze tego samego dnia z powodu wypadku na Panamericanie i blokady drogi, mozna bylo polazic znowu nad Oceanem, ale o tym pozniej. Stare miasto jeast na prawde bardzo ladne: Plaza de Armas, zabytkowe kamieniczki w stylu kolonialnym - coraz bardziej mi sie podobaja, ale gotyk i tak fajniejszy :) Piekna Katedra oraz Palac Gubernatora oraz zmiana warty kazdego dnia o 12 tuz przed nim. Fajna atmosfera i warto posiedziec tam dluzsza chwile pijac np. zimny sok owocowy sprzedawany nieopodal. Straty nadrobione. Jedziemy w strone Pisco. Juz wczesniej wiedzielismy, ze przezylo ono trzesienie ziemi kilknascie tygodni temu. Bylo ono bardzo mocne - 8.1 stopnia i niestety miasto i okolica bardzo ucierpialy. Zanim jednak Pisco, trzeba wrocic na Panamericane, bo i tym razem nasz przejazd nie byl spokojny. Okolo godzine jazdy od Pisco nasz autobus sie zatrzymuje. O co chodzi. Patrze przez przednia szybe i widze gore czegos zielonego przed nami... hmm... wypadek. Jestesmy 5 pojazdem, wiec wypadek zdarzyl sie chwile temu. Wychodzimy z autobusu, co by zobaczyc co sie stalo. Oczom nie wierzymy. Wywrocona na bok ogromna ciezarowka na ukos przec cala droge - oczywiscie jej zawartosc wysypana prawie calutka. No to spobie postoimy. Po chwili zjawily sie sluzby pozadkowe oraz policja, ambulance. Dluzej czekalismy na dzwig... w miedzy czasie polazlem na wydmy niopodal. Widok przedni - Ocean rozbijajacy sie o skaly a nad nimi piaszczyste wydmy... niesamowite. Nawet ucieszylem sie, ze ten wypadek mial miejsce, bo dla takiego widoku warto bylo sie tu zatrzymac. w miedzy czasie niektore samochody (terenowe) chcialy ominac wypadek przejezdzajac przez pustynne pobocza. Niektorym sie udalo, ale wiele sie zakopalo na chwile lub dluzsza chwile. Dwa nawet po naszym djezdzie jeszcze staly (to sobie przyspieszyli). Po okolo godzinie odgarniania zawartosci ciezarowki podjechala inna ciezarowka, ktora przewlokla te przewrocona na bok szosy, tak, aby z boku mogl podjechac dzwig i calkiem przesunac wypadkowicza na bok. Udalo sie, w koncu ruszylismy, ale obsow prawie 2,5h. Coz... znow bedziemy szukac spania po ciemku, a tak chcielismy zdarzyc, tym bardziej, ze w Pisco ponoc bardzo niebezpiecnie op trzesieniu ziemi. Ogom ludzi potracilo wszystko, wiec wzrosla przestepczosc, kradzieze i rozboje. Do tego stopnia jest to nagminne, ze nawet lokalni, jesli nie musza nie wychodza po zmroku na ulice, co powiedziec o gringos. Dojechalismy do Pisco, a raczej do zjazdu z Panamericany, gdzie nas wysadzono, bo autobus nie wjezdzal do miasta. Szybko wzielismy taxi i udalismy sie pod hostel. Ceny dantejskie: 10 usd za noc za osobe :/ Ale coz, hosteli zostalo kilka, wiec ceny poszly w gore. Pierwszy pelny, drugi pelny, trzeci pelny, czwarty pelny. Fuck, no to jaja. w czwartym prosze kobiete, czy nie zna kogos, kto ma jeszcze noclegi niedaleko. Poprosila o chwile cierpliwosci i zaczela dzwonic. Pierwszy telefon kicha. Drugi - sa dwa miejsca, ostatnie... Ufff, cena! 50 soli za noc od dwoch osob :/ Lepiej, ale i tak duzo. Targujemy sie igrajac z ogniem... nie chce sposcic. W koncu decydujemy zostac dwie noce - cena spada o 10 soli. Uff... przyzwoicie, choc to nie nocleg z Quito za 2 usd :) Zrzucamy bety w pokoju i idziemy na kolacje. Wlascicielka nas ostrzega, zeby byc bardzo ostroznym. Chwile pozniej wlasciciel przy wyjsciu (ktory podjechal pod poprzedni hostel i nas tu przywiozl, zebysmy nie chodzili, bo niebezpiecznie!). Psychoza narasta! Idziem dwa bloki od naszego hostelu i nawet nie spogladamy w stornr miasta. Jemy kolacje, prysznic i do spania. Nastepnego dnia jedziemy do Parku Narodowego Paracas i saego Paracas.
http://www.loswiaheros.pl/
![]() data: 29-07-2009
| szczegóły
|
|
otorowymi rikszami pojechaliśmy na przystań nad Amazonką
Do peruwiańskiego miasta Iquitos, usytuowanego w amazońskiej dżungli, można dostać się na dwa sposoby samolotem bądź łodzią, płynąc dopływami Amazonki. Nie mieliśmy czasu na kilkudniową podróż drogą wodną, zdecydowaliśmy się więc przelecieć nad hektarami zielonej gęstwiny i hektolitrami wody. Amazonia z wysokości 3 tysięcy metrów wygląda urzekająco, liczne dopływy rzeki tworzą fantazyjne zygzaki. Od ciemnej zieleni drzew odcinały się jasne plamki chmurek. Stary samolot zniżał się do lądowania prawie trąc brzuchem o soczystą zieleń dżungli. Lotnisko w Iquitos, przypominające prowincjonalny dworzec autobusowy, przywitało nas niemiłosiernym upałem i wilgocią. Miałam wrażenie, że płyta lotniska zaraz się rozpuści. Gdyby nie lekkie kołysanie rachitycznych drzewek, byłabym pewna, że powietrze stoi w miejscu. Ponieważ marzec jest miesiącem mało turystycznym, byliśmy jedynymi obcokrajowcami, którzy przylecieli tego dnia do miasta w sercu dżungli. Siłą rzeczy stanowiliśmy dla tubylców jedyną szansę na zarobek. Nie zdążyliśmy zaciągnąć plecaków z taśmy, a już otoczyła na krzykliwa gromada drobnych, ciemnoskórych postaci. Senorita, tani hotel! Seorita, taxi! Seorita, wyprawa do dżungli! Seorita, poniosę bagaże! Zrobił się straszny harmider. Usługodawcy przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Każdy miał nam do zaoferowania coś atrakcyjnego. Przytłumieni nieznośną duchotą staliśmy z niewyraźnymi minami, próbując odgonić się od natrętów. Kiepsko nam to wychodziło, tubylcy postanowili więc rozwiązać sprawę miedzy sobą. Rozgorzała bitwa! Z plątaniny nagich indiańskich torsów co chwila wyskakiwała czyjaś ręka dzierżąca licencję turystyczną. Miało to nas ostatecznie przekonać do oferty jej właściciela. Nie przekonało. Postanowiliśmy sami zadbać o swoje interesy. Lotnisko w Iquitos okazało się jednak trudnym miejscem do realizacji postanowień. W jakąkolwiek stronę się nie zwróciliśmy, doganiał nas rozkrzyczany tłum. Kiedy tylko zbliżaliśmy się do którejś z taksówek, natychmiast wyrastało przed nami kilku osobników dających sobie głowę uciąć, że kierowca nie ma licencji i z pewnością nas porwie. W końcu interweniowała policja turystyczna, które eskortowała nas do taksówki. Z licencją oczywiście! Oho - pomyślałam, taka licencja musi tu wiele znaczyć, skoro wszyscy o niej wspominają. Z licencją czy bez, samochód nie różnił się wcale od innych wysłużonych i zdezelowanych aut. Udało nam się wcisnąć do środka wraz z wielkimi plecakami. Wisząc na swoim bagażu, usiłowałam właśnie z lepkiego od wilgoci powietrza wyłowić trochę tlenu i odkleić się od fotela, kiedy do samochodu wskoczył krępy, około 40-letni osobnik w czapce z daszkiem. Bezceremonialnie wepchnął się koło mnie na przednie siedzenie. - Będę was pilnował, pełno tu oszustów - wyszczerzył złote zęby w uśmiechu - zaprowadzę was do dobrego hotelu i zorganizuje najlepszą wyprawę do dżungli. Nasza asertywność rozpuściła się w równikowej temperaturze, więc nawet nie protestowaliśmy. Julio bo tak się nazywał nasz towarzysz, rozsiadł się wygodnie, pewny zwycięstwa. - Julio, ty złodzieju, bandyto! - dało się słyszeć krzyki zazdrośników. Wszyscy tutaj musieli znać sprytnego biznesmena. A nam w tej chwili było zupełnie obojętne, dokąd wiezie nas bandyta. Zaprowadził nas do hostelu, położonego przy ruchliwej i hałaśliwej ulicy. W recepcji pulchna chica eksponowała pośladki w kusych spodenkach. Przerwaliśmy jej oglądanie serialu. Telewizor ryczał na cały regulator, ale i tak nie zagłuszał huku motorowych riksz, których niezliczone ilości wypełniały ulice miasta. Dostaliśmy apartamenty z łazienkami, wyposażone głównie w wielkie wentylatory mieszające powietrze przez całą dobę, żaden nie miał okna, jedynie prostokątne otwory z siatkami przeciw owadom wychodzące na obdrapany i wilgotny korytarz. We wnęce bez drzwi, zwanej tu łazienką, sterczał zardzewiały hydrant. Nam wystarczył. Jeśli chodzi o wybór przewodnika, daliśmy się złowić na popis krasomówczy. Byliśmy bezradni wobec tego wdzięku i złotego uśmiechu. Podpisaliśmy zgodę na wyprawę do dżungli. Julio popędził zgłosić nasze wyjścia policji turystycznej, a my ruszyliśmy na obchód miasta. Odcięte od reszty kraju miasto wydaje się w niczym niepodobne do innych peruwiańskich metropolii. Zabudowa jest tu niska, jedynie przy głównej ulicy i Plaza de Armes stoją murowane, pokryte mozaikami rezydencje ślad dawnego, kauczukowego bogactwa. Im dalej od centrum, tym więcej chałupek krytych liśćmi palmowymi, bosonogich dzieci i chudych kurczaków. Hałas, jaki robią riksze, konstruowane z tego, co znalazł właściciel, jest porównywalny do odgłosów piły tarczowej. Po kilku minutach w głowie zaczyna się kręcić - nie wiadomo, czy od nadmiaru spalin, ryku silników, czy upału. Znużeni formalnościami i słońcem usiedliśmy w cieniu palmy na głównym placu, gapiąc się na jedyną atrakcję turystyczną miasta - Casa de Herro (żelazny dom), zaprojektowany przez Eiffla. Miałam wrażenie, że na budynku można usmażyć jajka. Srebrne ściany wydawały się topić. Czy to wy jesteśmy ta szóstka gringos, która dzisiaj przyleciała? wiadomości w Iquitos rozchodziły się szybciej niż jeździły tutejsze riksze. Co chwila odpowiadając na to samo pytanie, w godzinę obeszliśmy senne miasto i powlekliśmy się nad Amazonkę. Rzeka miała barwę szarobłękitną, z jasnozielonymi plamami flory wodnej, przypominającymi rodzimą rzęsę. Tuż przy brzegu wybudowano domki na palach, o konstrukcji tak kruchej, że wydawały się niezdolne do wytrzymania silniejszego podmuchu wiatru.
http://www.kafeteria.pl/namarginesie/obiekt.php?id_t=165
![]() data: 29-07-2009
| szczegóły
|
21
2
63
0
0
0Zasugeruj nową stronę:


